15 lipca 2011

Czy tak piękne kobiety powinny być pisarkami?



Czarno-biały portret na tylnej okładce, wielkości legitymacyjnego zdjęcia; skan kolorowego magazynu dla czytającej middle-class; i jeszcze garść ochłapów rzuconych przez Google. Gdybym chciała, mogłabym prawdopodobnie obejrzeć każdy centymetr kwadratowy plastikowego ciała Megan Fox, ale przecież nie chcę. Chcę Zadie Smith.

Na szczęście jest znana, jeździ po świecie, redaguje, pisuje do gazet, wykłada, i liczba jej ładnych zdjęć w wyszukiwarce i tak jest bezpiecznie dwucyfrowa. Całkiem nieźle jak na kobietę piszącą, a nie gwiazdę srebrnego ekranu. Choć i tak ponosi mnie fantazja.

Co cieszy jeszcze bardziej, sukces jest zasłużony - i gdybym przeczytała Białe zęby wtedy, kiedy po raz pierwszy wpadły mi w ręce, czyli jakoś w późnym gimnazjum, Zadie byłaby moją osobistą świętą, nietykalna na moim literacko-moralnym (!) Olimpie. Hormony. Och, ach. Jeśli dziś czytam Białe zęby z ekscytacją, to jakie byłoby uniesienie piętnastoletniego dzieciaka odkrywającego na pięciuset stronach rzeczywistość, w której jest zanurzony po uszy?


Nigdy nie byłam w Londynie, burdel wielkiego miasta poznawałam już z kompletem trzonowców, mam najzupełniej przeciętne narodowościowo korzenie, nie odprawiano też nade mną egzorcyzmów, żadnego realizmu magicznego w dzieciństwie, nic z tych rzeczy. Tym lepiej dla Zadie Smith. Dla jej białych zębów - demaskujących Innego w bezpiecznej kryjówce ciemności. Najpierw zaskoczyło mi synchro z postacią Archiego Jonesa, nudziarza w średnim wieku, któremu nic w życiu nie wyszło, a w pierwszym rozdziale powieści po raz kolejny nie wychodzi - tym razem samobójstwo. Potem z Clarą, najpierw szkolnym paszczakiem, a potem żoną Archiego, córką jamajskiej imigrantki-głosicielki Jehowy (mam słabość do milenarystów!). Z Samadem, którego islam ewidentnie bije po nerach (zawsze byłam buntowniczym dzieckiem, jeśli chodzi o religię, ale niewątpliwie mam z nią problem, stąd zrozumienie i ojejku, to także o mnie). Z Irie, która jest typowo niedoskonałym dzieckiem i anty-Millatem, który z kolei zionie seksem, robi wiele rzeczy bez widocznego wysiłku i wkurwiałby mnie okrutnie, gdyby nie jego miłość do gangsterskich klasyków i dostęp do bałaganu w głowie, z którym też się identyfikuję. Jest też Josh, syn idealnych rodziców, ze swoim politycznym buntem, cholernie niespełniony. I tak dalej. W każdym by się coś znalazło.

Uwodzi ten tożsamościowy bulgot, te rozpaczliwe próby wykopania sobie wygodnej norki, do której żadne złe rzeczy typu Wstyd albo Historia nie miałyby wstępu. Bohaterowie Białych zębów, cudownie popieprzeni, ale też pięknie realni, szamoczą się w skrajnościach, określają, definiują, (de)konstruują - i wszystko na nic. Wciąż te same wyrzuty sumienia, przed sobą, przed Bogiem, historią, Rodziną. A przecież koniec świata już blisko.

Fantastyczna POWIEŚĆ - będę żałować lat bez niej pod ręką.

3 lipca 2011

Hello, camp!

Jeśli lubisz:

eksperymentalne operacje
cierpiące matki
męsko-męskich mężczyzn
płytkie pochwy
modelki porno
aktorki porno
reżyserki porno
scjentolożki
romantyczki
Kimber Henry
idealne pochwy lalek Kimber Henry
facetów uzależnionych od lalek Kimber Henry
kobiety, które chcą być jak Kimber Henry, aby się pieprzyć ze swoimi mężami uzależnionymi od lalek Kimber Henry
zacięte lesbijki z worami pod oczami
bary dla transek
złośliwe seksoholiczki z HIV
tanie podziemne odsysanie tłuszczu
związki kazirodcze
(dużo związków kazirodczych)
seryjnych morderców w porcelanowych maskach
nosy łamane kościami łonowymi
implanty z herą
odmładzające maseczki ze spermy
matkobójstwa
ośmiolatki z okresem
kobiety przyrośnięte do kanap przed telewizorem
szantażujące nianie rozjechane przez autobus
przystojne nianie
testy na ojcostwo
zwapniałe płody, dwadzieścia lat w macicy i nic
złe lesbijki
mafię nerkową
nastoletnie neonazistki
kobiety idealne uszyte z trupów
bezwłose myszy z uchem Rosie O'Donnell na grzbiecie
katastrofy lotnicze
śluby i pogrzeby
(śluby z których ktoś ucieka)
(i pogrzeby na które nikt nie przychodzi)
Miami
opaleniznę
kubły tłuszczu
kubły tłuszczu
kubły tłuszczu
panią Grubman
TOŻSAMOŚĆ PONOWOCZESNĄ (^^)

to prawdopodobnie znasz lub poznasz



czyli "Dżizas kurwa ja pierdolę, lubić Glee to jedno, oglądać Nip/Tuck to drugie".

Boję się, że zdradzam za dużo, ale tam tyle się dzieje, że i tak ledwo co.

29 czerwca 2011

"Zgred" nie wkurza

a raczej wkurza topornością, przewidywalnością... wszystkim, co najgorsze w literaturze nienawiści. Bo jeśli już nienawidzić - a Rafalski, tytułowy Zgred, ewidentnie nienawidzi, mimo że pan skryba Ziemkiewicz w wywiadzie-rzece Wkurzam salon przedstawia go jako sympatycznego gościa - to nienawidzić z klasą, czyli bez klasy, czyli ciekawie, czyli... No, literatem trzeba być ciut większego formatu. Ja naprawdę nie muszę się z panem narratorem zgadzać, wprost przeciwnie, ja bardzo lubię się nie zgadzać, ale niech mnie ktoś tym wkurwem inspiruje, a nie, kurwa, wynudzi!

Ja bym sobie bardzo chętnie poczytała taką hejtpowieść, ale niech to będzie jakoś z życiem napisane! Skoro już poglądy pana Rafalskiego są tak nudne, tak wygładzone, pozbawione jakiejkolwiek refleksji, zastanowienia, że może ja, Rafalski, nie mam racji, że może trochę zbyt szarżuję ze swoim byciem prawym mężczyzną... niech chociaż literki się tam ładnie układają, a nie, brr, literatura zero.

Aż trudno się nie uśmiechnąć, kiedy po kwiatkach typu
Oleńka [żona Rafalskiego, aby nie było wątpliwości] jako pochyli dekolt albo zakręci tyłeczkiem, wszyscy się ślinią, małolaty na ulicy ukręcają sobie za nią szyję (s. 21)
albo
więc jak już zrobiliśmy sobie nawzajem dobrze, skończyliśmy jak w pornosie (s. 22)
czytam
Ja Iwaszkiewicza żywiołowo nie lubię. I nie za kolaborację z komuną (...). Nie lubię go za pustkę. Tak, wspaniały styl, zmysłowość, intensywność - no i co? Piękne powtarzanie, że wszystko na świecie mija, psuje się, że życie przecieka między palcami, i że żal. Uh, żal... No tak, ładne to, ale beznadziejne jak ateistyczny pogrzeb. Nic w tym poza smutkiem, i nie tym smutkiem, który oczyszcza, ale tym, który uzależnia, wciąga jak bagno w jałowe rozsmakowywanie się w samym sobie. (s. 33)
to mam taką niesprawiedliwą myśl, że on, Rafalski, Iwaszkiewiczowi tej zmysłowości zazdrości, stylu, tych gwoździ, bo przecież mówił kiedyś w telewizji, już nie pamiętam kiedy, dawno to było, chyba w czasie Nike dla Masła, ale mówił na pewno, że styl to w literaturze gwoździe. Męski Mężczyzna zazdrości pedałowi gwoździ! Och-ach.

(Bardzo przepraszam za utożsamienie Rafalskiego z Rafałem, ale postać głównego bohatera jest skonstruowana tak, aby skojarzenie z panem z okładki nie dało się wybić z głowy.)

Ale, wracając do Iwaszkiewicza, bo tu zaczyna się najsmaczniejsze:
Możliwe, że było to sprzężone z homoseksualizmem. Cały świat ułożył mu się na wzór pedalskich amorów, pewnie jest z nich jakaś rozkosz, zakładam, ale nic nie wynika - poza pedalską starością, która musi być czymś najbardziej ponurym, co sobie umiem wyobrazić. (s. jw)
To nie to, że ja się wszędzie ujadania na nienormatywność dopatrzę, z dziecięcej piaskownicy problem genderowy wykopię. Ale te pedalskie amory - skądinąd, urocze! aż łzy stają w oczach! - podobnie jak beznadziejny ateistyczny pogrzeb (bo szkoda płakać po niewierzących, egoiści, po co ich żegnać właściwie, tfu!), stanowią gwóźdź (coś te gwoździe za tą notką chodzą) do trumny Zgreda jako wykładu. Otóż jeśli miałabym wskazać w Zgredzie jakiś leitmotiv, byłaby nim Polska Tożsamość. Gdzieś obok cukrzycy i Donalda Tuska.

Niezbyt jest odkrywczy Rafalski, kiedy pisze o rozpięciu pomiędzy kompleksem niższości a poczuciem niedowartościowania, no ale okej. Potem jest jednak gorzej; Rafalski konsekwentnie przeciwstawia zmanipulowanemu, pogrążonemu w kompleksach względem Zachodu "polactwu" Polaka prawdziwego, Polaka dumnego, Polaka, co nie da sobie w kaszę dmuchać.

Stąd te fiołki, tulipany, irysy:
I dlatego właśnie nie ma dla nich [salonów, rzecz jasna] nic groźniejszego, niż leczenie Polaków z tego kompleksu i budzenie w nich dumy. I nic bardziej pożytecznego, niż sączenie w nich wstydu, odbieranie wspólnoty, bombardowanie opowieściami o szmalcownikach i frazesami o porąbanym narodzie, który trzeba zaorać do cna, żeby wreszcie powstała tu jakaś cywilizacja. (s. 97)


Jako reprezentant prostego, zwykłego Polaka występuje Rafalski, Rafalski-kokieta pierwsza klasa:
Widać taką mam właśnie duszę: schematyczną. I takież duszne rozterki - typowe i banalne. I będę z tego dumny. Proszę bardzo, jestem człowiek prosty, wyryćkany z jednego kloca (...). Nie będę pisał, jaki jestem, bo jestem normalny (...). (s. 118)
System binarny, materiał łatwopalny, drogi Rafalski; Myśl ugrzęzła i już ruszyć się nie może.

Kokieterii jest tam zresztą więcej, oj, ja tutaj taki niegrzeczny, WKURZAM SALON, świnia dla pierwszej żony, ale teraz pełen poświęcenia mąż i ojciec, z cukrzycą też sobie poradzę, mądrzejszy od lekarza (żeby nie było - zdążyłam dostać po dupie od lekarzy, ale on tu z oporu przeciw lekarce robi jakiś test na męskość!!), mądrzejszy od brata-gnidy, mądrzejszy od nieodpowiedzialnej siostrzyczki, mądrzejszy od całej reszty, i do tego mam prostą, chłopską gębę, wsiową, no, taki ze mnie rozrabiaka... I tak w kółko. Prosty facet versus zgnilizna europejsko-moskiewska.

I jeszcze w temacie bloga:
(...) jak zaniżona samoocena kobiet oddaje je pod przemożną władzę tych różnych poprzeginanych ciot, z woli których miliony idiotek w zachodnim świecie głodzą się, wpadają w bulimie i anoreksje, wyrywają sobie żebra i łamią kości policzkowe. Nikt mnie nie przekona, że świat, w którym kanony kobiecego piękna wyznaczają osobnicy, akceptujący kobietę tylko wtedy, gdy od tyłu nie różni się niczym od chłopczyka, jest światem normalnym.
Nie jestem nietolerancyjny, chcą się dorośli faceci ze sobą pukać, niech się pukają, co mi do tego - ale robić z nich arbitrów kobiecej urody? (...) kobiety mają w tym biznesie przechlapane. A już zwłaszcza takie, które, jak moja Oleńka, są zbudowane jak kobieta, mają piersi, biodra, uda, brzuch i wszystkie inne atrybuty, tak wstrętne stylistom i fotografom.
Oleńka zresztą kiedyś powiedziała, oglądając jakiś pokaz mody, że wszystko to wygląda tak, jakby oni starali się demonstracyjnie kobiety ośmieszyć, zdeformować, pokazać heterykom - no, to się wam, idioci, podoba? (...) wpoić stereotyp, że pedał jest najlepszym przyjacielem kobiety. A tak naprawdę jest właśnie jej największym wrogiem, i, zwłaszcza, największym wrogiem kobiecości. Męskości zresztą też. (s. 183-184)
(Soraski za tak długi cytat, ale musiałam, bo mój najulubieńszy.)

Och, obsesji normalności, męskości, kobiecości! (Ja chyba nie jestem zbudowana jak kobieta, bo mam statystycznie małe cycki i jest mi z tym dobrze, co więcej, uważam, że małe cycki są super, niech żyje postsafizm, który na to pozwala). Swoją drogą dziwne, że on [Rafalski] na ekranach ani w kioskowych witrynach nie widzi kobiet z piersiami jak arbuzy. (O, przypomniał mi się jeden z wielu upiornych motywów z Bez skazy, z dziewczynami z Kolumbii czy skądś, szmuglującymi herę w gigantycznych implantach). Kolorowe magazyny kochają i nienawidzą Ciała. To proste. Ale wnioski Rafalskiego? Bogowie!

Tematy rodzinno-genderowe to propozycje, lub raczej brak propozycji, Rafalskiego na Polskę, w pigułce. Tu leży problem. Że na uczucie bezbronności wobec politycznego kociołka, na rozczarowanie transformacją, medialne absurdy - Rafalski odpowiada tępym my-oni, Normalnością", Męskością, Narodem. Gdzie jeśli już jakiś konkret się trafi, to w postaci przerażającego stereotypu, chwytliwego hasełka. W tym właśnie pan skryba Ziemkiewicz wyrył swoją powieść.

Ciekawy jest ten prosty polski facet, który Wie. Jakiś czas temu pisał ładnie
Chwała Andrzejowi Mencwelowi, który jak Sokrates ma odwagę wprost powiedzieć, że nie wie [kim są Polacy dzisiaj]. W przeciwieństwie do swoich kolegów profesorów, którzy tak licznie gotowi są nas pouczać w różnych sprawach, choć ta liczba mnoga w „nie wiemy” do nich się właśnie odnosi.
ale zaraz (przed, skądinąd słuszną, krytyką prof. Krzemińskiego)
Ja, prosty felietonista, coś tam mogę powiedzieć o tym, kim jesteśmy, kto nami włada − napisałem o tym parę książek. Lepiej czy gorzej, próbuję się ze swojej pracy wywiązać. Jeśli ktoś ma zastrzeżenia, czekam na polemikę. Czekam bezskutecznie, bo przecież dla pań i panów celebrytów intelektu zniżać się do polemiki z jakimś prawicowym oszołomem byłoby poniżej godności.
Pff.
Jakie to wszystko proste!

(Notkę dedykuję, rzecz jasna, Czereśni).

26 czerwca 2011

Można robić wiele innych rzeczy, zamiast skakać nago, powiedziała Unn

Kuszę tytułem, jako że poetycka baśń opowiedziana w sposób realistyczny brzmi mocno naiwnie, czytaj nudno, poza tym mało ma wspólnego z książką, o której mowa, chyba, że kogoś bardzo bawią kombinacje spod znaku Proppa (nie moje porno akurat).

Nie wiem, jaka jest szansa, aby Joan Lindsay, autorka Pikniku pod Wiszącą Skałą, znała Pałac lodowy Tarjei Vesaasa. Powieść norweskiego klasyka wyszła w roku 1963, Australijka swoją książkę opublikowała w 1967, przy czym tłumaczenie Norwega na język angielski wikipedia datuje na '93. Więc raczej nie, choć skojarzenie jest natychmiastowe. W każdym razie skojarzenie z Piknikiem, bo, i tutaj nastąpi wstydliwe wyznanie, nigdy nie tknęłam pani Joan Lindsay palcem (nie kupuję tego bełkotu o oddzielaniu "oryginału" i "adaptacji", przecież nie mogę przewidzieć, jak mi się te dwa teksty dogadają w głowie) i w sumie nie wiem, ile metafizyki dodał od siebie w ekranizacji z 1975 roku Peter Weir. W każdym razie daty się nie zgadzają, chociaż połączenie tych dwóch tytułów nie zajęło mi więcej niż trzydzieści czy czterdzieści stron (kolejne rozdziały tylko umacniały w tej intuicji), owocując poczuciem miłości od prawie pierwszego wejrzenia.

To jest bardzo skromna literatura, objętościowo i stylistycznie. Objętościowo, bo sto trzydzieści stron w polskiej edycji, co to jest? Akurat, żeby przeczytać i zacząć od nowa (wobec czego trzeba tę książkę mieć na półce). Stylistycznie, bo Vesaas cudnie nabiera czytelnika, nie buduje przed nim wielopiętrowych metafor, wprost przeciwnie, pisze prosto, że ktoś coś zrobił albo coś pomyślał, ale tak naprawdę buduje narrację na niedopowiedzeniu, na przemilczanym, na niewypowiadalnym.



Rzecz dzieje się na norweskim zadupiu pomiędzy dwiema jedenastoletnimi dziewczynkami i zamarzniętym wodospadem, tytułowym pałacem z lodu, czymś jak Wisząca Skała, tylko tymczasowym i w wersji skandynawskiej, co się rozumie samo przez się, a raczej przez ten lód. Nie chciałabym za dużo zdradzać, chociaż sam Piknik w tym miejscu dostatecznie dużo mówi. Więc nie napiszę tego, co oczywiste, może komuś sprawię tym niespodziankę?

W każdym razie jest to niesamowita opowieść inicjacyjna, gdzie spotykają się, jak to w opowieściach inicjacyjnych bywa, miłość i śmierć, dwie straszne tajemnice. Jest zima, a potem roztopy, zawiana śniegiem prowincja sprawia wrażenie bardzo sennej, zresztą mam wrażenie, że większość akcji dzieje się, siłą rzeczy, po zmroku. To wprowadza czytelnika w stan mocno pomiędzy, zresztą coś podobnego robi Vesaas w Wiosennej nocy, gdzie z kolei mamy wieczór, noc i brzask, czyli pory dnia sprzyjające patrzeniu inaczej.

Mamy też dziwaczne napięcie pomiędzy parą tych jedenastoletnich dziewczynek, o którym na początku nie chciałam pisać, że jest erotyczne, aby nie wulgaryzować, no ale niby z jakiej racji, skoro naprawdę tak czuję? Siss i Unn są dużo młodsze od Sary, która w kiblu pisała wiersze na cześć Mirandy, ale nie oszukujmy się, kurcze blade, a jeśli chcemy już być hipokrytami, to zawsze jest w zanadrzu niezastąpiona skandynawska neuroza, o! Tak czy inaczej, niesamowitość spotkania z Innym, jakkolwiek by relacji między małymi nie interpretować, ściska gdzieś w środku. A potem dzieje się coś złego i tak mamy, po pierwsze, opowieść o bezbronności w relacjach z drugim człowiekiem, i po drugie, bezbronności wobec, za przeproszeniem, Kosmosu. Co ciekawe, poddanie się jednemu i drugiemu niemal graniczy z rozkoszą.

Polecam wyprawę do antykwariatu, gugle informują o audiobooku z Karoliną Gruszką, ale przesłuchałam dwie minuty na tubie i stwierdziłam, że nie.
Żałuję, że PIW nie wznowił Pałacu w okładkach Świerzego.

Za Vesaasa dziękuję M. S.

24 czerwca 2011

Jet lag

Wracam po wielu tygodniach nie-bycia, kiedy zegarek i żołądek pracowały inaczej. Nie, nie była to podróż, wprost przeciwnie, siedzenie w miejscu, bieganie wytartymi ścieżkami, dzień w dzień, to samo, ta sama pozycja, te same krzesła, te same stoliki, dzień zaplanowany co do minuty. A teraz mam nagle dużo czasu, który muszę jakoś spożytkować, ale nikt mi nie narzuca kolejności, rytmu, i nie wiem, gdzie się podziać. Bardzo chciałabym poczytać i nie mogę, koncentracja się sypie, albo zasypiam, albo podrywam z kanapy, by krążyć po pokoju ze słuchawkami w uszach.

I tak się złożyło, że ze stosu nowych książek, prezentów i nabytków antykwariatowych, które czekały, och, jak czekały!, i czekają wciąż, kurząc się tuż obok, o, tutaj, na wyciągnięcie ręki - wyciągnęłam powieść, którą czytałam już wcześniej, Martwą Europę Christosa Tsiolkasa. Kupiłam własny egzemplarz, by stała na półce, więc mogłam ją teraz godnie wymiętosić, za pierwszym razem czytałam z książki kolegi, więc szacunek i powaga, teraz nie miałam hamulców, a to jest takie wydanie, które wręcz się prosi o miętoszenie i to wcale nie z powodu okładki


ale formatu połączonego z broszurowym papierem, i prostotą strony graficznej, niemodnym, standardowym Garamondem, który widuję na ogół w wordzie... Plus dla wydawnictwa za klej umożliwiający taką zabawę.

Czytałam teraz tylko rozdziały poświęcone Isaacowi, Australijczykowi greckiego pochodzenia, który włóczy się z plecakiem po Europie, patrzy, słucha i pierdoli, Ateny, grecka prowincja, Wenecja, Praga, Berlin, Paryż, Cambridge, Londyn, wspomnienia. I mimo częstych egzaltacji stylu - to jest zajebiście dobra powieść. Są tu fabularne, głównie flashbackowe mielizny, ale po lekturze pozostaje w głowie ten rodzaj przykrego osadu, który bardzo lubię, poczucie, że gdzieś pomiędzy wywrotkami pan skryba trafił w dychę. Isaac jest fotografem i to widać w opisie, wyczuleniu na detal, Tsiolkas bardzo ładne opisuje mury, chodniki, deszcz, rzygi i gówno, ludzkie twarze, Isaac patrzy, szukając obrazów do zdjęcia, i potem patrzy przez te zdjęcia, i chyba zbyt dużo nie zdradzę, pisząc, że odnajduje na nich zupełnie coś innego. Fotografie śmierdzą Barthes'em, cuchną śmiercią i popierdoleniem czasoprzestrzeni; Isaaca fascynują blaknące graffiti i wszelkiej maści odpady, chociaż właściwie wszystko w tej powieści jest odpadem, Europa jest ulepiona z odpadów, ze śmieci, resztek mitologii, wykluczonych-i-wykluczających, kulturowo, ekonomicznie, religijnie, pełny zestaw, bierzcie i jedzcie z tego wszyscy. Polityczna gadka non-stop, w czym ja się akurat zajebiście dobrze odnajduję, bo od dziecka dostawałam przekaz, że wszystko jest ideologiczne, a obiad bez politycznej paplaniny dorosłych był obiadem niepełnym (coś jak kotlet bez surówki), więc bohaterowie Martwej Europy, bez ustanku kipiący wkurwem na historię, rządy przeszłe i minione, są moimi braćmi i moimi siostrami. A wszystko to śmierdzi i jest niesamowicie cielesne, i nie chodzi mi tylko o seks, którego nie brakuje (Isaac jest ciotą, radośnie uwikłanym w różne wesołe płynności, i duża część akcji koncentruje się wokół jego kutasa), ale w ogóle, zmęczenie, skurcze żołądka, woń deszczu czy potu, w ogóle bardzo dużo tu zapachów (patrz: okres ślicznej dziewczyny z pociągu), i można tak bez końca. Prawdziwy kocioł. Wszystko się łączy ze wszystkim i może dlatego mi się ta wściekłość, ten wrzask rozczarowania podoba: poczucie uwikłania w historię, nawet w najbardziej intymnych momentach, jest obezwładniające.

Zrobiło mi się smutno. Przez ostatnie sto stron słuchałam


i chociaż wiem, że to może być trochę tendencyjne, przyznam się, bo czemu, kurwa, nie.

19 maja 2011

Najpierw

wydawało mi się, że to nie o mnie
Obcinałam włosy na bardzo krótko, bo takich włosów lubiłam dotykać na głowie Roberta. „Główka jak makówka”, myślałam. Ta główka w moich rękach, tak wyczuwalny kształt czaszki, tak namacalna kulistość, rozczulały mnie. A czułość była w tym związku jak kominek w zimnym pokoju. Moją główkę też robiłam na makówkę. Sama, przed lustrem, nożyczkami z bazaru. W tym samym lustrze lubiłam oglądać nas razem, bo byliśmy do siebie tacy podobni. Dwie ciemne, szczeciniaste kule. Do kiziania, przytulania, tarcia. Dotyk działał jakby mocniej, bo nie oddzielały nas od siebie włosy. Tak blisko skóry ma się wrażenie, że zaraz dosięgnie się środka.
bo przecież



ale potem zorientowałam się, że zmyliła mnie owa binarność, chłopięcość/dziewczęcość we wiecznym konflikcie; i kiedy spojrzę z ukosa, to będzie o mnie.

Cały tekst Zawadzkiej dostępny tutaj, dajcie się wplątać literkom i wspomnieniom.

9 maja 2011

Flashback

Scrollując dzisiaj Wybiórczą natknęłam się na
* Pierścień czystości (dziewictwa). Sprzedaje je przez internet Sanktuarium Błogosławionej Karoliny Kózkówny spod Tarnowa. Patronka to - jak czytamy w opisie - "urodzona w 1898 roku na terenie parafii Zabawa zwykła wiejska dziewczyna, która zginęła w 1914 roku z rąk rosyjskiego żołnierza, broniąc się przed gwałtem."
co szybko zaprowadziło mnie do strony parafii błogosławionej Karoliny w Tarnowie i stronę jej poświęconą.



Postać oczywiście nie jest mi obca; jeden z moich katechetów zdradzał objawy fascynacji tą postacią, toteż Kózkę zidentyfikowałam od razu. Ciary: jak w dyskursie pro-virginity można używać biednego zgwałconego dzieciaka? Zafascynowany nią ksiądz był poczciwiną o nader szlachetnym sercu i nader błędnych wyobrażeniach na temat młodzieży: przypomniała mi się jego chuda, woskowa twarz, broda, błogosławiące spojrzenie. Pełna ufność. Bo ona broniła dziewictwa i chciała być jak Przenajświętsza Dziewica.
Ach! Same problemy z tym Ciałem.

7 maja 2011

O tradycji jajkowej i sztuce kochania, czyli


Pągowski VS. Parada Równości 2011


Ja rozumiem, że wszyscy chcą kochać, a miłość ma wiele twarzy, ale naprawdę - czy trzeba to tak na moich oczach?
W każdym razie Klątwa Złej Bogini Plakatu nie traci na aktualności (dziękuję Ewie za info i promocję blogcia na fejsie;). Jak nietrudno zrozumieć, nie tradycja jajkowa nie jest tą tradycją, do której odwoływałam się, pisząc o różowej wacie cukrowej, do której lepiej pasowałaby



Tu też zaczyna się rozgoryczenie. Jestem gdzieś pomiędzy wtf a lol, czasami wtf, czasami lol, i już właściwie nie wiem, czy smucić się i wstydzić, czy tylko dławić




To jest naprawdę żen, wielki, różowy i puchaty, i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie robienie syfu wokół innych małych i dużych, różowych i puchatych (a także ich znajomych i krewnych).

4 maja 2011

Tęsknota za złamanym parasolem

Pamiętam rok temu na jakimś mokrym murze w Krakowie


a może wcale nie, może to było w sieci, a ja próbuję wychodzić z problemem do ludzi, osadzać w przestrzeni miejskiej, chociaż na dobrą sprawę tych plakatów w ogóle mogło tam nie być? Nie wiem, która wersja byłaby gorsza, ta z kolorowymi ptaszkami spływającymi z murów czy ta z pikselami na ekranie mojego komputera? I czy to pytanie w ogóle jest ważne, chociaż mowa o czytelności hasła, zadomowieniu w mowie naszej pięknej polskiej? (Ironia fuck off, ja naprawdę tak myślę).
Uprzedzę: nie chodzi mi o inicjatywę samą w sobie. Tylko znajduję dzisiaj w necie (tym razem na pewno nie jest to Kraków)


i znowu jest mi przykro, kiedy czytam słowo na Q, takie dumne i radosne. Z czego się cieszy? Że z dala od ojczystej przestrzeni pozbyło się wulgarnych konotacji? Wyrwane z korzeni, kwitnie gdzieniegdzie na uniwersyteckich klombach - szlachetne i czyste?
Kontynuując wątek patriotycznej waty cukrowej: tęsknię do polskiej lesby, ale takiej lepszej, tłustej, cioty totalnej, dewianta-parasola/parasola-dewianta. Niech zacznie wrzeszczeć.