20 lutego 2012

Kastracja





(Literatura na świecie, 12/1990)

Tyle ode mnie w temacie "queeru", który od dziś biorę w cudzysłów tak, jak to czyni JKM z tymi naszymi feminizmami.

19 lutego 2012

Mieszczański pilates,

zapracowany mąż, syn z ptasim gniazdem na głowie i Che nad łóżkiem, malec uzależniony od xboxa, lodówka, co się symbolicznie nie domyka; fajczenie na balkonie; masturbacja na podłodze, w zaciszu domowego kibla; ciasne kible publiczne, ze ścianami pobazgranymi przez Polaków, w których szanująca się mieszczka nie odda nawet kropli moczu; wino do mieszczańskiego obiadu; u polskiej dziwki - wódka; piszę dziwki, bo choć pani mieszczka współczuje, szanuje i nawet próbuje rozumieć, to jednak, zanim przyjdzie zazdrość, jest kolonizowanie ("brzydzi się mną", polskie, zza kadru); wódka, co błyskawicznie mąci we francuskiej głowie; uśmiechy, opowieści, tańce; laska, sikanie, cycki, gitara; Chyra z butelką; palce wyjęte z pizdy, oblizywane łapczywie, ale tak jakoś nadnaturalnie matowe; brak przyzwoitej Francji i jakże drugofalowa Sugestia Doświadczenia Lesbijskiego -



wysokie obcasy; drogie torebki; Krystyna Janda jako Krystyna Janda w roli Matki Polki; paryskie RMF Classic; owoce morza w luksusowej mieszczańskiej kuchni (nawiasem, zawsze mnie zastanawia, jak prawdziwi ludzie z klasą jedzą te wszystkie krewetki, małże, homary; ale ja nawet ryby jem palcami); polskie bloki, tyle, że francuskie; zachłanność rzeczy; Konsumpcjonizm; laska na dobranoc.

Więc pytam, czemu najnowszy film Szumowskiej nie jest tak zły, jak wynika z tego powyżej; dlaczego jest tak zły, że aż dobry? Może właśnie to mieszczaństwo boli, a filmy, które bolą, nie mogą być złe. Nawet, jeśli kłują mieszczaństwem, od którego kamera się nie może zdystansować, niczym oko, które nie może dojrzeć samo siebie. Taki to właśnie sponsoring.

PS. Albo zwyczajnie i po prostu, bo Juliette Binoche, która nie boi się być, jak to mówią, nieładna. Nawet, jeśli sinieje podczas masturbacji (w zaciszu domowego kibla).

2 lutego 2012

Jak zmieniałam orientację

Co naprawdę ta cholerna Miranda, znaczy się Cynthia Nixon, miała na myśli, mówiąc że
“I gave a speech recently, an empowerment speech to a gay audience, and it included the line ‘I’ve been straight and I’ve been gay, and gay is better.’ And they tried to get me to change it, because they said it implies that homosexuality can be a choice. And for me, it is a choice. I understand that for many people it’s not, but for me it’s a choice, and you don’t get to define my gayness for me. A certain section of our community is very concerned that it not be seen as a choice, because if it’s a choice, then we could opt out. I say it doesn’t matter if we flew here or we swam here, it matters that we are here and we are one group and let us stop trying to make a litmus test for who is considered gay and who is not.” Her face was red and her arms were waving. “As you can tell,” she said, “I am very annoyed about this issue. Why can’t it be a choice? Why is that any less legitimate? It seems we’re just ceding this point to bigots who are demanding it, and I don’t think that they should define the terms of the debate. I also feel like people think I was walking around in a cloud and didn’t realize I was gay, which I find really offensive. I find it offensive to me, but I also find it offensive to all the men I’ve been out with.”
?
Nie mam zielonego pojęcia (poza przeczuciem, że gdybyśmy usiadły przy piwie, to byśmy się dogadały). Faktem jest, że wygenerowała w sieci sporą dyskusję - jest ten wybór czy go nie ma? Ja osobiście nie wierzę w kontrolę nad tym, co głębiej; jestem podejrzliwa wobec tego, co we mnie siedzi, i wydawało mi się przez czas jakiś, że każdy, kto przeszedł przez coming out przed samym sobą, kto miał fazę totalnego zaprzeczenia i potrafił gapić się na jabłko, nie widząc go - ma tę nieufność do własnej samoświadomości wrytą w mózg. No ale tak nie jest i wydaje mi się, że np. spór o biseksualność, a już na pewno o wykraczanie poza binarną oś kobiecości i męskości, homo- i heteroseksualności, tu właśnie może mieć korzenie.

Nie będę się wypowiadać na temat pożądania Cynthii Nixon, ponieważ nie zamierzam stawać w jednym rzędzie z baranami, którzy dobrze wiedzą, co ktoś inny czuje i myśli. (Tak, heteroseksualni mężczyźni są znacznie bardziej wiarygodni w wyrokowaniu na temat seksualności kobiet nieheteroseksualnych niż one same). Jedyne, co mogę, to pisać o sobie. O tym, jak się zmieniałam, chociaż wcale o to nie prosiłam, nie starałam się, jeno oddychałam i z domu czasami wychodziłam.

Jak zauważyłam, że

jest sto razy ciekawszą opowieścią od bucerskiego Władcy pierścieni, bo ma Bilba, w którym odzywa się krew Tuków, a nie smutnych ziomali popierdalających na drugi kraniec kontynentu w imię ocalenia Porządku. Bilbo wybiegł z norki, zapominając chustki do nosa, tak sam dla siebie, czy to nie cudowne? (Chwalę się ostatnio, że wyrosłam z Władcy pierścieni i dorosłam do Doktora Who).

Jak polubiłam

(także w wydaniu futrzastym)

(bez cukru)

(z masą sera pleśniowego, którego niegdyś nie cierpiałam)

Jak zaczęły mnie kręcić czarnoskóre butche z ogolonymi głowami.
I krótkie włosy w ogóle.
Dziewczyny, które są ode mnie niższe - kiedyś nie do pomyślenia.
Delikatnie przegięci chłopcy - tym bardziej.
Charlotte Gainsbourg (czasami).
Ostry makijaż.
Włosy pod pachami przestały być synonimem paskudztwa (tu najpierw był film).
I masa innych rzeczy, o których się nie pisze w miejscach publicznych (chyba że jest to skórzane oparcie w nocnym pekaesie).

Analogicznie: zaczyna mi przeszkadzać zapach papierosów, nie jadam czekoladowych płatków, tuńczyka i pomarańczy.

Mamy w głowie mózgi, nie cement. Poza tym, jak pokazuje jeden z pierwszych filmów ze wspomnianą Gainsbourg, to znaczy The Cement Garden (nie pamiętam, czy ten motyw jest wzięty prosto ze skądinąd zajebistej powieści McEwana) - nawet cement czasem pęka (i lepiej, żeby nie śmierdziało spod niego trupem).

W odpowiedzi na skomlenie, że biseksualne jest niepewne i lepiej se rączek nie brudzić: macie rację, One zawsze wybierają nadzianego kolesia z dużą furą, a Oni bez wyjątku Matkę-Polkę-Bizneswoman w wielkich pantoflach.

Nic, tylko chlipać albo trollić. Chlipu-chlip!

PS. Notka jest rozrośniętym komciem, którego zaczęłam pisać na blogu u navairy, którego zresztą polecam z całego serducha. Drugie, trzecie i n-te dedykacje do odnalezienia przez zainteresowanych w samym tekście, z obietnicą, że przestanę być wkrótce taka monotematyczna.

29 stycznia 2012

Małe ładne coś


Bohaterowie Weekendu, czy, jak chce dystrybutor, Zupełnie innego weekendu (cholerny Pazura), mówią po brytyjsku. Ale równie dobrze mogliby mówić po polsku. Polski jest blok, w którym mieszka główny bohater, wnętrza są polskie, ładne tramwaje właściwie warszawskie. Nie wiem, jak film Andrew Haigha ma się do rzeczywistości UK, ale do polskiej pasuje jak ulał. Gejoza usadowiła się w szczelinie: trochę jest, a trochę jej nie ma. Jeszcze się nie rozlazła, nie wtopiła w normatywne wzorce.

Russell i Glen rozmawiają o byciu homo; rozmawiają o seksie; szukają języka. Russell jest cichym facetem, kolesiem, którego łatwo przegapić, wrażliwym, zwraca uwagę na detale. Glen to typ narwańca, dyskutanta z artystycznymi ambicjami. Udało się reżyserowi stworzyć postaci, które będą jednocześnie modelami pewnych postaw - i bohaterami z krwi i kości. Filmuje z bliska. Skórę, włosy, zarost, usta, pościel, ciuchy, zielsko. Ciało, wokół którego krążą słowa. Russell nazywać nie umie lub nie chce, Glen docieka i drąży. Mężczyźni poznają się, w niewymuszonej rozmowie konfrontując ze sobą różne wyobrażenia na temat homoseksualizmu, funkcjonowania w społeczeństwie, otwartości. Po pijaku dzielą się interpretacjami na temat tego drugiego (np. lęk przed związkami lękiem przed zdradą), próbują opisać wzorce (coming out przed rodzicami jako homoseksualny rytuał przejścia). Ja przyznaję się do takich rozmów, choć może nie jest to zbyt romantyczne.

Jest taki film, który bardzo lubię, chociaż widziałam go raz i bardzo dawno temu, też brytyjski, telewizyjny, zrobiony przez Chanel 4, i z którym od razu mi się Weekend skojarzył. Mam na myśli Beautiful Thing, historię dwóch chłopaków z angielskiego blokowiska: taki skromniutki obrazek, w którym sztampa i temat coming outu i pierwszej miłości rozeszły się w dwie przeciwne strony. I myślę teraz o Weekendzie jako intuicyjnej kontynuacji tamtego filmu. Z jednej strony topos, z drugiej, że tak się wulgarnie wyrażę, "samo życie". Spodziewałam się surowej historii spotkania dwojga ludzi, politycznej w swojej apolityczności; dostałam love story sumujące pewne doświadczenie homoseksualności czy też wchodzenia w homoseksualne relacje, i bynajmniej nie czuję się rozczarowana. (Ciekawostka: właśnie odkryłam, że Beautiful Thing wyreżyserowała Hettie Macdonald, pani, która wiele lat później zrealizowała genialne Blink Stevena Moffata, jeden z najcudowniejszych odcinków Doktora, ten o płaczących aniołach ze wspaniałą Carey Mulligan).

Ludzi z dużych miast zapraszam więc do sprawdzenia kin na stronie dystrybutora (w środku też trajla) - w ogóle strasznie fajnie, że Tongariro działa i się rozwija, nie idąc na łatwiznę.

Nie wiem, czy to jest dobry film na randkę, w ten sposób zachwalałam chyba Skórę, w której żyję, więc jeśli coś, to żeby nie było - ostrzegłam przed własnymi rekomendacjami! Osobiście uważam, że dalej z filmem romantycznym pójść się nie da. Chapeau bas, panowie.

24 stycznia 2012

Eva pójdzie do Piekła

Bardzo długo próbowałam napisać o tym filmie, ale nie miałam pomysłu; czuję się z ocenianiem go bardzo nie tego, bo nie jestem matką, co ja tam wiem?, i choć oczywiście mam pewne instynkty, przeczucia i inne duperele, to pewnie za jakiś czas, jeśli urodzę dziecko czy dzieci, będę na wspomnienie tych dziewczęcych wyobrażeń pukać się w czoło. Konsternacja: film odbiera się bardzo fizycznie, błędnikiem, żołądkiem. Ramsay nakręciła film bardzo fizjologiczny, prawie rzygliwy, o tym, jak kręci ci się w głowie, jak kolory nabierają ostrzejszych odcieni lub rozlewają w wielkie plamy, jak głowa boli, jak cycki bolą, a żarcie nie smakuje. Pomidory jak krew, kałuże dżemu, przemokłe płatki, w końcu, obrzydliwość: skorupki jajka wyciągane przez matkę z jajecznicy, skorupki jak obgryzione paznokcie syna. We need to talk about Kevin to film rzygliwy, i może to bardziej zbliża go do horroru niż postać nastoletniego psychopaty. Piszę o horrorze, bo najpierw zirytował mnie ten pomysł, wychylający tu i ówdzie z recenzji i troszeczkę z koszmarnego polskiego plakatu, ale teraz myślę, że to całkiem do rzeczy. Macierzyństwo jako horror, macierzyństwo jako wieczne nudności przy akompaniamencie



to zostało mi w głowie - to permanentne napięcie. Czy dzieciak jest psychopatą, i co to w ogóle znaczy - na to pytanie nie odpowiadam, bo i sama bohaterka na nie nie odpowiada. To absurdalne dziecko-tajemnica znowu zbliża film do gatunków wyrastających z metafizyki - jak to z tajemnicami bywa. Eva idzie do Piekła! Chlust! - czerwoną farbą na werandę, chrup-chrup w wytłaczance. Rzygliwe jest w tym filmie to, co powinno kojarzyć się z życiem, straszne - i dziecko, i jedzenie. Społeczeństwo też, to wiadomo. Jakimś sposobem Ramsay udało się opowiedzieć i o flakach, i o siatce spojrzeń. Ale czy mi w ogóle wypada o tym pisać? Cóż - przynajmniej wiadomo, że film trafił w lęki przynajmniej jednej niedzieciatej dziewczynki.

O Tildzie kiedy indziej, może przy okazji czwartej Furii (którą polecam i w ogóle).

14 stycznia 2012

Lisbeth, Lisbeth, Lisbeth

Mam wrażenie, że w przypadku Dziewczyny z tatuażem działa magia nazwiska: Fincher to, Fincher tamto. Cóż - nie każdy reżyser pewnie mógłby sobie na taką obsadę pozwolić, jak również na dwie i pół godziny akcji z wyrokiem R, tyle że są to rzeczy stricte biznesowe i właściwie mało mnie obchodzą. Najnowszy Fincher wcale nie musiałby być Fincherem; kto spodziewał się reżyserskiej zręczności The Social Network, lub nie daj boże zgnilizny Siedem, musi być zawiedziony. Dziewczyna z tatuażem to poprawna ekranizacja książki, której nie lubię, chociaż doceniam jej popularność. Ekranizacja, która niewiele się różni od swej szwedzkiej poprzedniczki (którą, dla odmiany, oglądałam z płonącymi uszami), a jeśli już, to wszelkie przesunięcia świadczą na jej niekorzyść. To perfekcyjnie opanowane rzemiosło, które nie boi się mocnego tematu - tyle że temat został już przecież oswojony sukcesem poprzednich odsłon Millenium, więc nie wiem, czy ta odwaga się liczy.

Powodem, dla którego na pewno do tego filmu wrócę, gdy tylko ukaże się na dvd, jest Rooney Mara: to blade, poczochrane dziecko z błyszczącymi oczami. Pippi Pończoszanka, Rasmus Włóczęga (bez i) oraz Kalle Blomkvist w jednym. Lisbeth, córka złego rozbójnika. Spocona, smarkająca w rękaw, z lodowatym głosem. Kradnie cały film. Salander w interpretacji Noomi Rapace była odważniej nakreślona: twardsza, z brzydkimi rękami, wypalała więcej fajek i trudniej było się z nią zaprzyjaźnić. Na pewno znajdą się głosy, jakoby wersja amerykańska była, poprzez złagodzenie charakteru Lisbeth, bardziej poprawna, czy nawet bardziej heteronormatywna; mnie to nieduże w gruncie rzeczy przesunięcie akcentów nie przeszkadza, z radochą patrzę, jak różne są to postaci. Ale faktem jest, że miałam wrażenie obcowania z opowieścią znacznie mniej polityczną niż w przypadku filmu szwedzkiego; Szwedzi wykopywali własne brudy, Fincher jest obcy. Do tego motyw przemocy, seksizmu, antysemityzmu, skumulowany w głównym śledztwie - pojawia się i znika. Raczej McGuffin niż wątek spajający Millenium, biorący wszystkie, rozsypane tutaj, historie (kurator, dziewczyny), do kupy. Daje to poczucie pewnej niespójności, prowokując do głupich pytań typu a po co. No po to, aby amatorzy piekielnie inteligentnych, chudych dziewczyn z niedużymi cyckami mieli się z kim zaprzyjaźnić. Należę do tych szczęśliwców - ale i tak polecam na początek raczej szwedzką wersję.

13 stycznia 2012

There's nothing deviant about love!

Film z transką-Samarytanką, przeszczepami skóry, Bogiem Ojcem przemawiającym z wiśniowego deseru, bandą lesbijek, macaniem dup i cudnie absurdalną choreografią walk nie może być zły, może być tylko fantastyczny i w ogóle straszna szkoda, że czasy Rocky'ego już minęły, bo Jezus Chrystus Łowca Wampirów jest filmem równie dobrze nadającym się do przywłaszczenia przez zachłanną, napaloną publiczność.

Film realizuje naszą fantazję na temat prawdziwego Jezusa, Jezusa - przyjaciela wykluczonych, kochającego nasze dziwactwa i głoszącego zarazem równość jak i zajebistość inności. To Jezus w najmroczniejszych zakątkach miasta, Jezus na taśmie z lat 70., Jezus punków i lesb. Czysta miłość.



Czyli zdecydowanie nie wyznanie pewnego pana z autobusu sto ileś, który ssąc zapamiętale swój wskazujący palec, poinformował pewną brodziatą popularyzatorkę Jezusa Chrystusa Łowcy Wampirów, że za malowanie paznokci trafia się z zalepionym tyłkiem do Piekła - i nie ma zmiłuj. Tak jakoś.

2 stycznia 2012

30 grudnia 2011

Wdech, wydech!


Napisałam mnóstwo bzdur o Skórze, w której żyję, i z których się wytłumaczę z Nowym Rokiem, w ramach słomianych obiecywanek, że będę, no wiecie - częściej i systematyczniej. Teraz tylko w kilku słowach, w ramach, a jakże, noworocznego optymizmu (#idiotyzmy, #rytuały): cudowność różnicy pomiędzy najnowszym Almodóvarem a Niptakiem polega na tym, że Almodóvar "wierzy w człowieka", czy jak to się tam mówi, chcąc opisać wytrzymałość kogoś, kto chwycił się życia jak tratwy i nie puszcza, chociaż odrąbano mu ręce. Vera przekracza proste tożsamościowe konstrukcje; jest postacią, którą określa po prostu wola przetrwania, pragnienie powrotu do matki. Kluczowa wydaje mi się scena gwałtu, żywcem przepisana z Kiki, o której Almodóvar mówił, że
(...) Kika zaczyna walczyć z Paulem, ale z chwilą gdy on przystawia jej nóż do szyi, ona nagle staje się kobietą praktyczną, stara się go przekonać, że może mu pomóc rozwiązać wiele jego problemów. Nie ma z tego żadnej przyjemności, pozostaje bierna, ale ta scena świadczy o jej optymizmie, symbolizuje siłę, jaką okazują kobiety w sytuacjach trudnych czy wręcz ekstramalnych: Kika i Juana negocjują z gwałcicielem, aby zyskać na czasie. Jest to cecha charakteru, którą bardzo cenię u kobiet, i chciałem ją zaakcentować.
A więc Vera też staje się kobietą praktyczną; na tym polega dojrzewanie u Pedro Almodóvara. Dzieciak zamknięty w klatce dorósł i wie, że jest fajną dupą. Kreuje się więc, czasami na granicy autoparodii, na kobietę, ach!, kobietę. Obraca kliszami. Samo zresztą potraktowanie ciała jako przepustki na wolność jest takowym; cóż, jakoś trzeba. Oczywiście, że jest w tym gorycz; nowe ciało narodziło się z i w bólu. Ale jest też obietnicą rozkoszy (stąd fantazje o butiku!). I proszę zauważyć, tam właściwie nie ma dużej dramy z powodu cielesnych nowości, stare ciało nie jest przedmiotem dyskusji, włosy odrosły, żyjemy dalej! Ciało jest jednocześnie piekielnie ważne - i bardzo przypadkowe. Proszę tylko nie myśleć, że chodzi tu o jakieś wydumane oddzielenie go od jakiejś wyimaginowanej Duszy!

Zagadkowa tożsamość Very źle działa na klepki Doktora. Ale ona sama daje sobie przecież radę, jako podmiot; nie daje się opisać, ale co z tego? Z początku czułam niepokój, dziś ta nieprzewidywalność wydaje mi się zdumiewająco optymistyczna.

Ryan Murphy pewnie uczył się od Almodóvara, tak jak oboje uczyli się od Watersa czy Fassbindera. Tyle że jego bohaterowie, smutni i żałośni, odrzucają możliwość wyjścia poza bycie heteroseksualnym bucem, lesbijką albo kobietą udręczoną.

Więc życzę zarówno Wam, jak i samej sobie, abyśmy w nowym roku, który ponoć ma być ostatnim - byli bardziej jak to cudo w czarnym kostiumie tam na górze, a mniej jak Kimber Henry. I nie ma to nic wspólnego z piersiami. Po prostu nie chcemy skończyć jak te smutasy


prawda? Tyle, jeśli chodzi o powikłania po operacjach plastycznych.

(Chciałam wrzucić klip z Kimber i Troyem do Under my thumb, też z 4 sezonu, ale nie ma na tubie, więc chyba nie ma w ogóle).

PIĘKNEGO KOŃCA ŚWIATA!