7 grudnia 2011

Tomboizm. Problem z.


Tomboy poleciał już gdzieś w Polsce na jakimś tęczowym DKFie, zresztą dostał berlińskiego miśka (taki mały niedźwiedź dla filmów o wiadomej tematyce) i już krąży w sieci, więc kilka słów komentarza się należy.

Coraz częściej kręcę nosem na filmy mierzące się z fenomenem płci, chcę więcej i głębiej i trudniej: pewnie w innych warunkach, to znaczy np. trzy lata temu, film bardzo by mi się spodobał, ale teraz czuję trochę rozczarowania, jak zawsze w przypadku filmów, które zaczynają się strasznie fajne i w środku też są strasznie fajne, ale tej fajności nie starcza na koniec. To jest oczywiście bardzo solidna robota, na szczególną uwagę zasługuje mała Zoe Heran w głównej roli, łączącej subtelność i wyrazistość, "zwyczajność" i indywidualizm; bardzo lubię takie dzieci, ani przez chwilę nie mizdrzące się do kamery, dzikie trochę, gdzieś pomiędzy zadziornością a zawstydzeniem (to często chodzi w parze). No ale. Lub: tym bardziej.

Małe wyznanie: dogaduję się bardziej z (byłymi i nie) #tomboyami, niż z #dziewczynami_nieheteroseksualnymi (oczywiście tak pi razy drzwi, na oko). Pokrewieństwo memów, stosunku do ciała (dotyk jest znaczący!), doświadczenie bycia pewną mniejszością, i, łoJezu, damskie szatnie!!!!!!11 Bez względu na to, z kim dzisiaj sypiamy i jakich końcówek używamy. To pierwszy z powodów, dla których Tomboy mnie ukłuł. Drugi to fakt, że mój własny tomboizm zaczyna porastać (zbyt szybko?) patyną sentymentów. Może stąd wymagania, których pani reżyser Celine Sciamma nie mogła spełnić, choć bardzo się starała.

Film wciąga, budując napięcie tam, gdzie trwa dziecięca zabawa: na podwórku, nad jeziorem, pod pozorną beztroską. Po przeprowadzce do nowego domu Laure przedstawia się jako Michael, szybko integrując się z rówieśnikami z osiedla. No i wszystko jest super - oczywiście do czasu.

Mam pretensje do finału, choć jednocześnie trudno zaproponować mi jakąś alternatywę: za dużo pętelek i haczyków. W każdym razie mam wrażenie, że scenariusz idzie od pewnego momentu na skróty, porzucając surową obserwację na rzecz Rozwiązania. Płeć dziesięciolatków - bardzo zewnętrzna, nie uwikłana jeszcze w bardzo seksualny kontekst, podatna na przekręty, a jednocześnie niezbędna w świętym konflikcie pomiędzy dziewczynkami a chłopcami - to rzecz fascynująca. Film ładnie pokazuje zmieszanie i dziecięcy ból, ale pokazuje też palcem furtkę - i to mi się nie podoba. Dla mnie jest naprawdę mało istotne, z kim Laure/Michael będzie sypiać za lat dziesięć i czy może nie jest chłopcem (identyfikować się z nią/nim mogą zarówno dziewczyny, jak i chłopaki). Panią reżyser chyba jednak to interesowało, przerzuca się więc z rejestracji wielopoziomowego doświadczenia na te dwie wskazówki co do tożsamości Laure/Michaela (oczywiście bez przegięć, to nie jest amerykański wyciskacz łez). I tym samym ucieka przed otwarciem na szerszy kontekst w skądinąd dobroduszną radę: bądź sobą, a wszystko się ułoży. Może takowej udzielić, bo już wiadomo, kim Laure/Michael jest. No cóż.

Oczywiście polecam.


1 komentarz:

  1. Mi było za mało i chyba nie lubię otwartych zakończeń.

    OdpowiedzUsuń