Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skins. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Skins. Pokaż wszystkie posty

22 lutego 2012

Alo


którego uwielbiam i za którego dziękuję scenarzystom szóstego sezonu: że nie roznieśli go na kawałki tak, jak uczynili to z Mini i Franky, choć zapewne zrobią to w kolejnych odcinkach. Czuję, że tak będzie - tak jak czuję zielsko w swetrach poczciwego Alo. Czemu mieliby tego nie zrobić, skoro przespali sezon piąty i bombardują biednych widzów mydlaną tandetą tam, gdzie mydlana tandeta nic tylko krzywdzi. Drodzy scenarzyści: Franky była zajebista, bo chodziła w dziwnych ciuchach. Bo niby nieśmiała, ale przecież mówiła co myśli. Bo pod całym zeschizowanym tatałajstwem chowała to, co można nazwać nastoletnim rozsądkiem. Tak, związki zmieniają ludzi, czasem bardzo brzydko, ale czemu ta zmiana musi się - w takiej postaci! - objawiać obowiązkowym wylaszczeniem i głupią histerią? Jest sto innych sposobów, by pokazać, jak dziecko każe się za głupotę ciężarną tragicznymi konsekwencjami. A Mini? Czy ktoś nie dostrzegł, jak ciekawe jest jej wewnętrzne spięcie, konsekwentnie prowadzone przez cały poprzedni sezon? Wakacyjne temperatury popychają irytującą pannicę do czynów nieczystych - już bez wysiłku i bólu na twarzy. I niech nawet tak będzie, ale znowu: interesująca jest tajemnica, żadne sensacje jej już niepotrzebne. To co interesujące - jest w głowach. Tyle, że nie dla twórców. Już za chwilę poczujemy od Alo swąd wody kolońskiej; usłyszymy, że palenie to zło; że Rich jest zjebem i niech się, kurwa, uczesze. Bo niby czemu nie, Skins prędzej czy później sprowadza wszystko do zdrady. Kurwa kurwa mać.

19 marca 2011

Skins, so good, so queer

Skins Spoilers


Also: zamierzam do stycznia składać ofiarę bóstwu telewizji (znając jego spryt, jest nim pewnie Hermes), aby żaden pajac pokroju Jamiego Brittaina nie sparował Mini i Franky, i żeby Mini nie okazała się homo. Autorzy najszybszego zhomiczenia w historii TV (pacz: Mowa Naomi dwie minuty przed końcem sezonu 4) muszą jakoś odpokutować swoje grzechy, a ja po sezonie piątym wierzę, że mogą. Wbrew temu, co myśli moja ulubienica Heather Hogan, autorka recapów poprzednich serii i autorka artykułu o wdzięcznym tytule Franky Fitzgerald kisses Mini McGuiness (#żeco), a także kilku moich dobrych kolegów (ok, właściwie to jeden... ale wiem, że będą następni;), można to rozkręcić ciekawiej, bez palenia przewrotności tego wątku i zrzucania problemów z seksem na bycie, kurwa, homo. Bo wiecie, jest jeszcze mnóstwo innych opcji, w których możesz topić sobie kolana, zbyt długo patrząc na cycki, no i te cielesne obsesje Mini też wołają o swoje pięć minut.
/Skins Spoilers
Na koniec trajla (lubię oglądać trajlery po obejrzeniu całości)

6 marca 2011

Blanty nowe: 5x6 (Alo)

Nowy sezon Skins radzi sobie wyśmienicie: póki co ani jednego zjebanego odcinka, w tym jeden kopiący nery (Mini) i jeden prawie mu dorównujący (Liv), reszta więcej niż przyzwoita (sprawdziłam; Brittain jednak pisze do tego sezonu, podpisał odcinek Richa, rzeczywiście chyba najbardziej letni, niemniej wciąż dobry; najlepszy epizod w karierze JB, bez dwóch zdań!; noł dziki seks, noł pała bejsbolowa). Przede wszystkim twórcy wyeliminowali główne grzechy sezonów poprzednich, z naciskiem na czwarty: wydumane intrygi i klozetowo-przedszkolny humor. Postaci są najmniej odjechane, ale już się do nich przywiązałam i myślę, że lada chwila nie będę mogła sobie wyobrazić, jakie to było Skins bez Mini, Frankie, Liv czy Alo.


W odcinku farmerskim jest scena, w której Frankie odpycha na parkiecie chłopaka i dostaje lesbą w twarz. A potem siada na schodkach - aż żal patrzeć. Przychodzi Liv. Liv jest fascynującą postacią - wcielenie przeciętności, jakiej jeszcze w Skins nie było, zero wariowania, plus modelowy przykład nastolatka jako istoty rozpiętej pomiędzy łatwym okrucieństwem a szczerą czułością. W pierwszym odcinku Liv asystowała Mini, wpędzając Frankie w mocną chujozę, dzisiaj siada obok niej na schodku i pociesza. I to się nijak nie gryzie, bo właśnie takie są nastolatki: wczoraj bezmyślne i złośliwe, jutro współczujące, pojutrze znowu wredne, w ciągłym, brudnym pomiędzy. Jak masz szesnaście lat, zmiana frakcji zależeć może od pogody. Liv pyta, czy Frankie lubi chłopaków czy dziewczyny, i że w sumie to im to obojętne, wszystko wporzo. I: nie uwierzyłabyś, gdybym ci opowiedziała conieco o Mini. Frankie wzrusza ramionami, i wzrusza także mnie: mieliśmy bohatera geja, mieliśmy związek dwóch dziewczyn, a teraz mamy homofobię w całej jej złożoności jako część większego projektu, tej binarnej, sztucznej poprawności płci, która uwiera Frankie jako córkę dwóch facetów, jako dziewczynkę w chłopięco-uniseksualnych ciuchach, dziewczynkę towarzyszącą chłopcom, dziewczynkę z krótkimi włosami, dziecko które nie pasuje. Widz wie, że Frankie czuje coś do Matty'ego, czego z oczywistych względów nie może wyznać Liv, ale to tylko wzmacnia przekaz.
I w sumie nie wiem, co jest lepszą rozgłośnią genderowego wykolejenia: Glee czy Skins? Chociaż nie, no przecież: Skins jest brytyjskie. No.
A za tydzień będzie jeszcze ciekawiej, czuję to w kościach.

12 lutego 2011

Blanty nowe: 5x3 (Mini)

Ze Skins jest różnie: zdarzają się odcinki kiepskie, połowa bawi, ale nie jakoś bardzo, do samych opowieści przywiązują bohaterowie i odcinki-perełki. Trudno oceniać ten serial z dystansu: z daleka najciekawszą rzeczą wydaje się sama koncepcja, odpowiadająca zarówno za wzloty, jak i upadki, pomysł na przedsięwzięcie, które spróbuje uchwycić doświadczenie współczesnego nastolatka tu i teraz, czyniąca fundamentem realizacji współpracę młodszych i starszych. I najciekawsze jest to, że za siłę Blantów, najmocniejsze historie, autentyzm, fabularno-emocjonalne mięcho - odpowiadają często właśnie ci młodsi. Po pierwsze aktorzy, ponoć współtworzący swoje role. Po drugie scenarzyści, którzy na przestrzeni czterech serii zdążyli już wyrobić sobie wśród fanów własną markę. Georgia Lester, autorka mojego ulubionego odcinka komediowego, czyli Pandory, i najlepszej w serii czwartej Katie, jest tego przykładem: młode nazwisko (rocznik '88 czy coś) zapowiada świetny epizod i to się sprawdza, podobnie jak sprawdzali się Jack Thorne czy Ben Schiffer (a nie sprawdzał się młodszy z ojców serialu, wielbiciel absurdu, Jamie Brittain).

Mini ogrywa klasyczny schemat pt. Nie jest tak, jak myśleliście, ale robi to z mocą przynależną najlepszym odcinkom Skins. Wydobywa smutek z groteski. Przygląda się głupim, antypatycznym istotom, pokazuje różne racje, ale bez kapania lukrem. Mini nadal nie daje się lubić, w całym swoim nieszczęściu i rozpaczliwym klejeniu gęby pozostaje stworzeniem, od którego lepiej trzymać się z daleka. Blanty nie usprawiedliwiają, a jedynie przesuwają akcenty. Póki co piąty sezon wyraźnie kopie w sposobach budowania tożsamości - najpierw Rich ze swoim metalem, teraz Mini, która musi być najlepsza, perfekcyjna, doskonała. Ciekawa jest ta doskonałość, złożona z idealnego barbie-wyglądu, przez trzymanie faceta pod pantoflem i zaklęcia kochania, po utrzymywanie, że ma się doświadczenia seksualne gdzieś w połowie pomiędzy dziewictwem a tzw. puszczalstwem (w wieku lat szesnastu, na boga). Mini jest żałosną atrapą kobiety dorosłej, próbuje realizować w liceum model Idealnej Żony z wyższej klasy średniej, elegancja-srancja, akcje charytatywne, och i ach. Historia prowadzi do smutnych wniosków: im więcej sztucznych uśmiechów i sztucznej opalenizny, tym więcej pęknięć. Niby rzecz oczywista, ale finał przecież nie przynosi olśnienia ani katharsis - sądząc po zwiastunach kolejnego odcinka, dziewczę pozostaje w swoim zaklętym kole. Póki co trzecia generacja nie daje się lubić. I dobrze.

29 stycznia 2011

Blanty nowe: 5x1 (Frankie)

To może ja najpierw wyjaśnię, skąd w ogóle te Blanty, a nie po prostu Bibuły: ze stwierdzenia, że Skins to nie tylko sensacyjna otoczka, soundtrack i cycki. W środku coś jest, więc nie mogą być same bibuły. Może jak skomciam Skins zza oceanu, to zatytułuję wpis Bibuły, no, to chyba nawet niezły pomysł jest.
A tymczasem

pierwszy epizod nowej serii, i tym samym pierwszy tzw. "trzeciej generacji", okazał się moim skromnym zdaniem najlepszym lub prawie pierwszym epizodem w historii serialu. Co nie było trudne, bo wejścia zawsze były piekielnie nudne (1x1, 4x1), albo po prostu przeciętne na tle kolejnych odcinków (2x1). Broni się moim zdaniem tylko 3x1 - nie tyle całościową koncepcją, co kapitalnemu wejściu Naomi. 5x1 też nie jest specjalnie rewelacyjny, natomiast mam wrażenie, że wrzuca widza na głęboką wodę (przynajmniej na kilka minut) i to należy docenić.
Takiego wątku psychicznej przemocy w Skins jeszcze nie było. Wyśmianie, dzika frajda, bo ktoś obcy (zupełnie obcy) został obnażony, i leży teraz jak owad obrócony nóżkami ku górze, zupełnie bezbronny. Wyobraźnia tych dzieci, których nie nazwę bydlętami, bo bydlęta są całkiem łagodne i spędzają życie, skubiąc trawę na pastwisku, jest niewiarygodna. Upodlenie Frankie nie ogranicza się do samego wskazania palcem. To zakrojona na szeroką skalę kampania multimedialna z elementami interakcyjnymi. Wrzuć zdjęcie Frankie do photoshopa, napisz na wallu, co śmiesznego jej się dziś przytrafiło. Tak, Frankie nosi bokserki. #ludziektorzy... są dziewczynkami i noszą bokserki. Srsly. Ale zabawne.
Więc zaczęło się nieźle.
Plus, dla zainteresowanych: Frankie wychowywana jest przez dwóch ojców, wojskowych, naprawdę przesympatycznych facetów z fajnym poczuciem humoru. Skins nie spuszcza nogi z gazu, jeśli chodzi o tworzenie absolutnie pokręconych postaci rodziców.
Szkoda tylko, że żadnej postaci jeszcze nie pokochałam. Wszystkie moje miłości ze Skins były zauroczeniami od zaraz: Chris, Cassie, potem Emily i Naomi, i Cook. Póki co najbardziej lubię tych dwóch kolesi, którzy mieliby szanse stać się moimi ziomami:

Liczę także, że scenarzyści nie spierdolą wątku

bo facet się świetnie zapowiada, a ja niestety dobrze pamiętam skłonności pana Brittaina do przeginania pewnych postaci. No i no more Thomas, please.

15 stycznia 2011

#złeseriale

Takiego właśnie taga powinnam sobie dodać, ale wartościowanie na poziomie tagów tylko komplikuje życie, więc zrezygnowałam.

Bo przecież i tak napiszę na samym wstępie, że


to bardzo zły serial.

Nie żebym miała względem niego jakieś szczególne oczekiwania. Nie czuję też rozczarowania. Kulturoznawcza ciekawość (lubię myśleć, że ją posiadam) pcha mnie do oglądania różnej maści kiepścizny, no i niestety nie zawsze jest to zaskakująco zabawny horror. Czasami jest to serial lesbijski.

Lip Service jest serialem lesbijskim. Za bardzo nie wiem, jak inaczej jeszcze można by go określić, poza tym, że obyczajowy. Komediodramat z tego żaden, chociaż twórcy bardzo się starają. Ale zaraz: jest wątek kryminalny. Tak! Mamy kolejnego taga. Intrygę osnuto zresztą na wątku tożsamościowym, co oczywiście bardzo cieszy. Szkoda tylko, że to bardzo nieciekawa i bardzo źle uszyta intryga.

To znaczy tak: ja rozumiem potrzebę powstawania takich seriali. Żelki-gumisie też są fajne. A nie, że tylko ambitne HBO z Kablem czy Deadwood. Ja sobie mogę sarkać na L worda, co nie zmienia faktu, że obejrzałam te sześć sezonów, a sześć sezonów (nawet jeśli są to krótkie sezony) nie ogląda się po to tylko, by sarkać (czarowanie dziewczyn na krytykę Ilene Chaiken też nie wychodzi, uwierzcie mi). Obok czynnika emancypacyjnego miało przecież to przedsięwzięcie także drugą, bardziej przyziemną stronę: patrzenie jest fajne. Fajna jest ta guma dla oczu, w której obie strony płytko rozpisanych romansów mają piersi (ewentualnie cycki). I ja rozumiem, i ja się zgadzam, że ta guma nawet bez kontekstów emancypacyjnych jest w jakiś tam sposób ważna (właśnie dlatego, że piersi, względnie cycki, wplątane w fabułę ściskającą serduszko), no i do tego nie da się powiedzieć, żeby Lip service powstało w świecie, który przetrawiwszy L worda i najsłodszy wątek nastoletniej miłości lesbijskiej ever made, czyli


Naomi i Emily

w Skins, to jest już jakaś utopia, albo, jeszcze lepiej, apokalipsa rozpisana przez red. Tomasza Terlikowskiego. Tak nie jest, więc tym bardziej taka produkcja ma znaczenie, i ja nie zamierzam temu przeczyć. Nawet bez fabularnych ambicji. Nawet bez ambicji poszerzenia tematu, który niby doczekał się własnych etykietek, typu kino gej/les w sklepach internetowych lub new queer cinema w różnej maści opracowaniach filmoznawczych, ale wciąż ma sporo miejsca na eksploatację.

No ale to nie znaczy, że ma być tak irytująco naiwny i wtórny.

Sztywniackie dialogi. Sensacja klasy C.

I najgorsze: postaci, o których na dzień dobry wiemy już wszystko.


Ruta Gedmintas jest ładna; pojawi się w Rodzie Borgiów, bardzo się cieszę. Wizualnie bez zarzutu, proszę bardzo, rzeczywiście dobrze jej w krótkich, poszarpanych włosach, bluzach z kapturami, słuchawkami na szyi (nigdy nie rozumiałam ludzi, którzy noszą duże słuchawki na mieście, ale wygląda to strasznie fajnie). Jest zajebiście wysoka. Ma słodko wystające kości biodrowe. Nie no, super, tego podważać nie zamierzam. Ale czemu postać czołowej uwodzicielki znowu musi reprezentować typ tak bardzo, ehem, młodzieżowy? Lesbijska femme fatale nie może być bardziej dojrzała? Będę się chybotać na granicy akceptacji i tolerancji, póki dziewczyna wygląda sexy i zsuwają jej się dżinsy z bioder, ale im dalej w las fabuły, tym gorzej: złe relacje z ojcem, wolny zawód, nieprzypadkowa chyba fotografia. Sprany mózg, miłość do najlepszej przyjaciółki. Problemy komunikacyjne a la Shane. Bo Frankie nawet mówi jak Shane, tłumaczy się jak Shane, popełnia prawie te same błędy, co Shane. Ile można? Różnica jest taka, że z Shane przynajmniej świetna przyjaciółka była. Frankie i tutaj sobie nie radzi. Irytująca gówniara zlepiona z romantycznych gestów na poziomie chłopca w pierwszej gimnazjum (no wiecie, chłopcy dojrzewają później, są mniej wredni i bardziej naiwni). I tak Frankie staje się największym plusem i największym minusem całego projektu. Bo można na nią patrzeć, ale tylko z wyłączonymi głośnikami.

Na koniec pozytyw: w wersji spłaszczonej i okrojonej, ale jednak, pojawia się w serialu wątek płynności seksualnej. Bez specjalnych kompleksów i przepraszania. I to się chwali.

Ale poza tym - jest smutaśno-smętaśnie. Nie polecam.

Do napisania.

19 grudnia 2010

Blanty nowe

a raczej nowa obsada Skins. Jeszcze będę pisać, czemu tak bardzo kocham ten serial, który jest pełen bzdur i koncepcyjnych pęknięć, a jednocześnie wywołuje u mnie mrowienie szczęki porównywalne z Zielskiem czy tymi odcinkami Californication, w których jest dużo Nataschy. Dzisiaj krótko: przedstawiona na portalu E4 obsada piątego sezonu przywróciła mi Wiarę. Bo brak Jamiego Brittaina + te słodkie ryjki to może być coś, co poskleja Skins z powrotem. Krótkie wyjaśnienie: tak, zasługi pana Brittaina ograniczam do wymyślenia tego przedsięwzięcia. Tak, pan Brittain zgwałcił własne dziecko, robiąc czwartemu sezonowi to, co zrobił (cztery odcinki pozostające poza jego łapskami, czyli Emily, Cooka, Katie i JJa, uważam za znakomite). Więc bardzo dobrze, że zwinął manatki.

A teraz mała prezentacja. Nie będę oryginalna, zaczynając od zapowiadanego genderowego ojejku, jejku,


czyli Dakoty Blue Richards, czyli tej dziewczynki, która miała szczęście i nieszczęście wystąpić w dwóch adaptacjach książek, które uważam za kluczowe dla mojej literackiej lub/i światopoglądowej edukacji. Złoty kompas to oczywiście koszmarna szmira; genialne (!) Mroczne materie, współcześnie oświeceniowe fantasy, bez których prawdopodobnie nie byłabym tu gdzie jestem, przerobiono na efekciarską pulpę dla amatorów tej oto marki:


Szczęście panny Blue Richards jest takie, że aktorsko (a był to jej debiut), naprawdę dawała radę, ocalając resztki paskudnego charakteru głównej bohaterki trylogii, czyli popieprzonej, niepoprawnej, namolnej i oślo upartej Lyry, przy której Harry "I dunno" Potter wydaje się najbardziej przezroczystym siusiaczkiem literackiego wszechświata.

Gwoli przypomnienia, tak wyglądała panna Blue Richards w filmie Złoty kompas:


Drugą ze wspomnianych ekranizacji jest Tajemnica rajskiego wzgórza, którą tknęłam przez przymrużone powieki i tylko dla wspomnianej już Nataschy. Tajemnicę wspominam jako pierwszą książkę, która wkręciła mnie opisami i pięknem detalu, fabułę i jej tajemnice pozostawiając dopiero na drugi oddech. To jedna z ulubionych książek J. K. Rowling i podejrzewam, że mogłybyśmy się tutaj naprawdę fajnie dogadać.

Ale wracajmy do Skins drugim zdjęciem


które mnie rozczuliło totalnie, jako że w Skins póki co żadnego metalowca nie było, a ktoś, kto był metalowcem przez przynajmniej cztery lata, nie może się nie wzruszyć, patrząc na innego małego metalowca.

I jeszcze tyczka z rudymi włosami (lubię prawie wszystko, co rude, trzyma mnie ta Arielka że chuj):


A do tego całkiem intrygujące dossier postaci - co prawda istnieje niepisana zasada, że dossier postaci Skins zawsze ma się nijak do konstrukcji scenariuszowych, ale dla czubka takiego jak ja wrzucenie do formularzy Burroughsa, Lyncha, Carpentera, van Santa, Miyazakiego, Burtona, Herzoga, Dzikich stworów, Pozwól mi wejść i wreszcie, kurde i ojejku, Blade Runnera w jednej linijce z Martwicą mózgu, to atrakcja, i to taka, której chyba grzechem byłoby się wstydzić.

Więc CZEKAM, kurde, CZEKAM.