(chwytliwy headline, który muzycznie obiecuje za dużo)
i teraz mam nową fantazję na temat swojej byłej szkoły (tej katolickiej). Mam dwadzieścia pięć lat, nauczyłam się ładnie spinać włosy, i przychodzę na zastępstwo. Ale takie dobre zastępstwo, nie jak u Kereta (zdjęcie - Marceli Szpak). To religia, trzecia klasa liceum, kiedy księża realizują kurs przedmałżeński i muszą rozmawiać z dzieciakami o seksie (np.: Łono kobiety jest jak ogród. Co będzie, jeśli w noc poślubną pan młody odkryje, że przez ogród przejechał buldożer?). A ja się wymiguję i puszczam dzieciakom Glee, odcinek 15 drugiego sezonu.
Cytat dnia: I'm attracted to girls and I'm attracted to guys. I made out with a mannequin. I even had a sex dream about a shrub that was just in the shape of a person. (Tak, to Santana).
A na koniec, z dedykacją dla Pat, Karola i reszty Tenenbaumów:
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Glee. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Glee. Pokaż wszystkie posty
12 marca 2011
25 lutego 2011
Déjà vu
Miałam wczoraj niezwykłe déjà vu (entendu?) - otóż w najnowszym odcinku Glee, obejrzanym wczoraj w nocy, jest scena, która mogłaby być wycinkiem naszej wczorajszej pogadanki z P., N. i C. (muszę chyba wam nadać ksywy, bo te literki mnie dobijają; już C. jest wariacją na temat imienia w oparciu o pewną XIX-wieczną irlandzką klasykę:). Kontekst inny, binaryzm, finał bardziej gorzki, bo my sobie pretensji oczywiście nie czyniliśmy, i kawa zamiast piwa (to akurat plus; jak się okazało, wciąż nie jestem w stanie wychłeptać więcej niż pół kufla; nie smakuje mi; N., wisisz mi trzy zło!).
Cytuję:














Czyli syndrom szufladyzmu. Wariacji jest wiele.
Mówisz, że jesteś bi, bo boisz się być homo. Mówisz, że jesteś homo, bo boisz się być biseksualną zdrajczynią (jak to nam robi na wizerunek?). Mówisz, że jesteś bi, chociaż jesteś przeintelektualizowanym hetero. Mówisz, że jesteś omni, a naprawdę jesteś bi, tylko nie lubisz tego słowa, lubisz za to rozdzielać włos na czworo. Mówisz, że się nie identyfikujesz, bo się boisz. Nie identyfikujesz się, bo jesteś hetero, ale chcesz usprawiedliwić brak dziewczyny. Nie identyfikujesz się, bo masz branżofobię. Nie identyfikujesz się, bo jesteś zastraszoną lesbijką. Nie identyfikujesz się, bo gówno o sobie wiesz.
I tak bez końca. Zamknięte koło. Bo do identyfikacji przyrasta syf. Możliwości. Mity. Przykre skojarzenia. Chorobliwie budowane analogie.
Te oskarżenia są nie do udowodnienia. Podobnie, jak są nie do obalenia. Więc wyjście jest jedno.
PIERDOLIĆ TO GÓWNO.
Przepraszam za brzydkie słowa, jeśli jesteście religijni, jak mawiał pewien taksówkarz. Odsuwanie, odcinanie jest higieniczne, sterylne, bezpieczne. A uprzedzeń i myśli, które nie dają ci zasnąć, i robią prawdziwy rozjeb w głowie, nie da się po prostu wyjąć i włożyć do pojemnika w najgłębszym kąciku babcinej piwnicy.
Ja w każdym razie spróbuję się po prostu cieszyć. Bez kreślenia wykresów (na ilu Careyów Mulliganów przypada jedna Xavier Dolan?), bez refleksji nad ciałem wykraczających poza kurwa, zajebiste, śliczne, słodkie, piękne. Czas pokaże. Gdybyście mi pół roku temu powiedzieli, że będę zajadać się

to bym was chyba wyśmiała.
Cytuję:














Czyli syndrom szufladyzmu. Wariacji jest wiele.
Mówisz, że jesteś bi, bo boisz się być homo. Mówisz, że jesteś homo, bo boisz się być biseksualną zdrajczynią (jak to nam robi na wizerunek?). Mówisz, że jesteś bi, chociaż jesteś przeintelektualizowanym hetero. Mówisz, że jesteś omni, a naprawdę jesteś bi, tylko nie lubisz tego słowa, lubisz za to rozdzielać włos na czworo. Mówisz, że się nie identyfikujesz, bo się boisz. Nie identyfikujesz się, bo jesteś hetero, ale chcesz usprawiedliwić brak dziewczyny. Nie identyfikujesz się, bo masz branżofobię. Nie identyfikujesz się, bo jesteś zastraszoną lesbijką. Nie identyfikujesz się, bo gówno o sobie wiesz.
I tak bez końca. Zamknięte koło. Bo do identyfikacji przyrasta syf. Możliwości. Mity. Przykre skojarzenia. Chorobliwie budowane analogie.
Te oskarżenia są nie do udowodnienia. Podobnie, jak są nie do obalenia. Więc wyjście jest jedno.
PIERDOLIĆ TO GÓWNO.
Przepraszam za brzydkie słowa, jeśli jesteście religijni, jak mawiał pewien taksówkarz. Odsuwanie, odcinanie jest higieniczne, sterylne, bezpieczne. A uprzedzeń i myśli, które nie dają ci zasnąć, i robią prawdziwy rozjeb w głowie, nie da się po prostu wyjąć i włożyć do pojemnika w najgłębszym kąciku babcinej piwnicy.
Ja w każdym razie spróbuję się po prostu cieszyć. Bez kreślenia wykresów (na ilu Careyów Mulliganów przypada jedna Xavier Dolan?), bez refleksji nad ciałem wykraczających poza kurwa, zajebiste, śliczne, słodkie, piękne. Czas pokaże. Gdybyście mi pół roku temu powiedzieli, że będę zajadać się

to bym was chyba wyśmiała.
4 lutego 2011
Jane Lynch zamawia szejka proteinowego
18 stycznia 2011
Screw that, kids!

Czyli Chris Colfer oczarował mnie poraz kolejny, tym razem nie jako Kurt Hummel, ale we własnej osobie. Skromnością, absolutnym brakiem pretensji, zachowaniem zimnej krwi i poczuciem humoru; upuszczeniem serduszka gdzieś pomiędzy Julianne Moore (którą kocham) a Natalie Portman (którą też trochę uwielbiam, chociaż Globa powinna jej zabrać Jennifer Lawrence z Winter's bone...); no i last but not least, PRZEKAZEM.
Poza tym wzrusza mnie dzieciak, z którym w innej rzeczywistości mogłam chodzić do szkoły (jesteśmy prawie rówieśnikami), debiutant, który przyszedł na casting do zupełnie innej roli i był tak niesamowity, że sam Ryan Murphy (którego Running with Scissors muszę na dniach poświęcić jakąś notkę) napisał dla niego osobną postać. Postać, z którą - nie będę owijać w bawełnę - bardzo łatwo mi się utożsamiać (choć może nie posiadam tyle uroku osobistego i tak wyrafinowanego gustu...).
Klip do obejrzenia TUTAJ.
No i przy okazji news z uniwersum Glee: Anne Hathaway pojawi się w roli ciotki Kurta, ciotki-lesbijki, rzecz jasna. Więcej szczegółów na AfterEllen, a ja od siebie dodam tylko, że strasznie rajcuje mnie elastyczność serialu jako formy, i że twórcy Glee ewidentnie "czują medium". Za co im, kurde, chwała i cześć i moje nieznośne czekanie na drugą część sezonu.
26 grudnia 2010
Dwa sposoby na maczoizm
czyli albo zaprzeczamy maczoizmowi na całej linii, jak Kurt Hummel,

albo rozbijamy i ośmieszany maczoizm od środka, jak Omar Little.

Będzie więcej, ale teraz oglądam. The Wire, serial z gatunku wybitnych. W Polsce pominięty chyba przez wszystkich, z wyjątkiem paru czubków rozproszonych po internetowych forach. Szkoda, ale liczę, że kiedyś ten pan z blizną wylezie z cienia panów z Queer as folk, no bo naprawdę, kurde, powinien. Do napisania.

albo rozbijamy i ośmieszany maczoizm od środka, jak Omar Little.

Będzie więcej, ale teraz oglądam. The Wire, serial z gatunku wybitnych. W Polsce pominięty chyba przez wszystkich, z wyjątkiem paru czubków rozproszonych po internetowych forach. Szkoda, ale liczę, że kiedyś ten pan z blizną wylezie z cienia panów z Queer as folk, no bo naprawdę, kurde, powinien. Do napisania.
18 grudnia 2010
Glee, część druga
Pływa w sieci mnóstwo ludzi, którzy twierdzą, że Glee to oni nigdy przenigdy, bo kolorowe i głupie, ale jakoś mnie to nie obchodzi, jako że zostałam wtajemniczona i wiem już, że kolorowe owszem, ale głupie wcale nie, bo wprost przeciwnie.
Trzydzieści dwa 45-minutowe odcinki w tydzień z kawałkiem to nie jest chyba zły wynik, choć ze skruchą przyznaję się do przewijania piosenek Finna i Rachel.
Glee jest oczywiście serialem emancypacyjnym, ale ponieważ wśród wyprodukowanych przez ostatnią dekadę seriali amerykańskich połowa reprezentuje znaczny "naciek emancypacyjny", podkreślę, że chodzi tutaj o emancypację wprost, "emancypację bezpośrednią" albo coś w tym stylu. Tytułowy chór skupia grupkę szkolnych outsiderów, a liceum, w którym toczy się akcja, to autonomiczny mikrokosmos rządzący się swoimi bezlitosnymi prawami: jak wszędzie, tak i tu chodzi o prestiż, a regulacje dotyczące tego, kto-kim-i-kto-komu, tworzą coś na wzór systemu kastowego. Na szczycie piramidy znajdują się rewelacyjne cheerleaderki i beznadziejni futboliści; chór zajmuje wygodne miejsce na samym dole. Osią akcji jest nie tyle konfrontacja tychże, a ich bezlitosne wymieszanie.
No i ciekawe jest to, że serial startuje od pokazania grupki tekturowych ludzików, z których każdy posiada jakieś fizyczne, implikujące pewne stereotypy cechy, bo mamy np. chłopaka na wózku, czarnoskórą otyłą i szkolnego geja, napędzaną chorymi ambicjami jedynaczkę i poczciwego, aczkolwiek mało lotnego intelektualnie futbolistę, itd. I myślimy, że wiemy, czego się spodziewać, a to nieprawda, bo Glee zaskakuje, bawi się oczekiwaniami widza w wielce perfidny sposób, np. komplikując życie seksualne bohaterów w sposób raczej nieprzewidywalny jak na stację publiczną. (Seks w Glee to w ogóle jest osobny problem i poświęcę mu jeszcze trochę czasu w innym czasie).
Ale najfajniejszy, najbardziej perfidny jest przypadek Sue Sylvester, granej przez Jane Lynch (tak, to pani prawnik z L Worda) trenerki cheerleaderek, która za chwilę będzie postacią tak kultową jak dr House, by potem dołączyć do panteonu najbardziej rozpoznawanych telewizyjnych bohaterów ever. Sue Sylvester jest cyniczna i podła, chce zniszczyć chór i na dodatek pije okropne koktajle proteinowe, których lepiej nie rozlewać, bo jak już się taki rozleje, to potem bardzo trudno go zeskrobać z podłogi. Sue Sylvester knuje intrygi i dokucza słabszym od siebie, ale cała niezwykłość tej postaci polega na tym, że
która, jak widzimy na zdjęciu, przytula w łóżku jedno z cheerioskich trofeów i myśli obsesyjnie o szkolnym budżecie, rozumie odszczepieńców z klubu znacznie lepiej niż ich nauczyciel, Will Schuester. Schue jest w całym serialu postacią najbardziej upierdliwą, a nawet wkurwiającą; z uśmiechem na idealnym ryju przekonuje dzieciaki, że naprawdę warto uwierzyć w siebie, że inność jest fajna i warto ją pielęgnować. Tyle że Schue nigdy nie dostał zimnym koktajlem w twarz, przez lat naście żył wygodnie u boku jednej kobiety, ma pracę którą kocha i seksowne loczki nad czołem. I w tym momencie cynizm upiornie samotnej Sue Sylvester, która wychowała upośledzoną siostrę i zna zalety dobrej diety, staje się zupełnie racjonalnym podejściem do rzeczywistości, w której za inność, niekoniecznie chcianą, bo najczęściej narzuconą przez jakiegoś złośliwego boga, trzeba płacić wysoką cenę. Przy czym twórcy nigdy, nigdy Sue nie usprawiedliwiają, i nie pozwalają uczynić z niej postaci biednej, zahukanej i generalnie tylko-mnie-pogłaszcz-po-główce; Sue pozostaje wredna. Np. ostatnio próbowała spierdolić dzieciakom Boże Narodzenie, o, tak:
W następnym odcinku - Kurt Hummel.
14 grudnia 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)






